17 maja 2019

Beskid Żywiecki w najpiękniejszej odsłonie. Hala Boracza - Lipowska - Rysianka - Żabnica

Znacie ten obrazek z internetów, na którym od poniedziałku do piątku świeci słońce, a przez weekend pada deszcz? Jakże irytująca i niesprawiedliwa bywa czasem rzeczywistość. A co, jeśli jest na odwrót? Ja wtedy myślę, że wygrałam w totolotka, szykuję odświętne ciuchy trekkingowe, czyszczę buty, czasem coś upichcę, żeby nie paść na szlaku albo móc coś wynegocjować z niedźwiedziem (nigdy nie wiesz, kiedy wylezie z lasu). Po kilku miesiącach przerwy zawitałam w Beskid Żywiecki. Wpadło pięć baniek na chybił trafił. 😊

Jak zwykle na ostatnią chwilę, ciągle monitorując prognozy, szykując ciuchy na lato i zimę (serio - puchówka i dwa rodzaje rękawiczek wylądowały na dnie plecaka) cieszyłam się jak dziecko na wakacje. A kiedy już znalazłam się na jednym z piękniejszych szlaków w Beskidzie Żywieckim, śpiewałam po cichu, że ni mom hektara… Choć w zasadzie miałam wrażenie, że nic więcej mi nie potrzeba, a bardziej niż z wygranej w totka, cieszy mnie to, że mogę wracać na szlak. Lubię wracać tam, gdzie byłam…


Tegoroczny maj jest do innych majów niepodobny. Kora zaśpiewałaby, że wyjątkowo zimny. Częstuje deszczem, wprowadza w stan niepokoju synoptyków, którzy nie nadrabiają z aktualizacją prognozy. A ja sobie myślę, że dobrze, że przecież ten deszcz potrzebny jest i kwiatom i lasom i nam, ludzkim stworzeniom, którzy bez wody więcej niż kilka dni nie wytrzymamy. 

Dlatego widząc okno pogodowe, plan wycieczki, choć spontaniczny, miał jeden cel - wyspacerować się na zapas i nacieszyć oczy tak, żeby wystarczyło na kolejne deszczowe dni. Wykonaliśmy go na 200%. 👌 Na mapie wyglądał tak:


Startujemy: Żabnica

Przyjechaliśmy do Żabnicy i zostawiliśmy samochód na zejściu czerwonego i niebieskiego szlaku. Trudno to miejsce nazwać parkingiem, bo żadnego oznaczenia z tym związanego tam nie znajdziemy. Nam udało załapać się na ostatnie wolne miejsce przy płocie. Szczęście? Od rana! Ale nie takiego samego, bo dotarliśmy do wioski dość późno. Wybiła 10, a nasz ambitny plan zobowiązywał. Rozbiliśmy całą trasę na etapy i na celowniku mieliśmy najpierw...nic innego jak kawę i jagodzianki w schronisku na Hali Boraczej. Weszliśmy na niebieski szlak i dreptaliśmy asfaltem, by po chwili zboczyć na trasę w stronę lasu i oderwać się od cywilizacji. Nie minęło półtora kilometra, a moje serce zostało wprawione w szybsze bicie. Wioska wydawała się już dość odległa, więc pożegnaliśmy się z nią do wieczora i poszliśmy w las. 

Owce na szlaku, czyli wędrówka przez żywieckie hale

Słyszałam w oddali dźwięk dzwonków. Aha, będą owce na szlaku, pomyślałam i zaczęłam szybciej przebierać nogami. I kiedy wyszłam z lasu były i one - owce, łowiecki, a może i barany? Ale tak daleko, że...ech, życie krótkowzrokowca bywa czasami trudne. ;) Szłam więc z nadzieją, że spotkam je jeszcze, w końcu zaczął się przyjemniejszy etap wędrówki - wędrówka w otoczeniu hal, z rozległymi widokami. Wiecie, za co uwielbiam Beskid Żywiecki? Za przestrzeń, rozległe hale, za te pobrzękiwanie owczych dzwonków przy szlaku i za szlaki, na których nie ma autostrady, wymijania się, ciągłego pozdrawiania. Za spokój i...borówki w jednej z lepszych postaci! :)
Panorama z Prusowa (1010 m n.p.m.). Tamtędy pójdziemy. 
Dom leśnika? Tyle sadzonek! :) 



Schronisko na Hali Boraczej

Kiedy po niespełna 7 kilometrach wędrówki dotarliśmy do schroniska na Hali Boraczej, mój obraz Beskidu Żywieckiego został nieco zaburzony. Było sporo osób, które wybrały go jako cel wędrówki lub samochodowej podróży. Tak, można dostać się tam samochodem, co cieszy jednych i smuci drugich. Zamówiliśmy więc kawę i ogromną jagodziankę, jeszcze ciepłą i pachnącą, że ho ho… Zajęliśmy ustronne miejsce, że niby z dala od dzieci, bo tak lubimy. Dzieciak gwarnie opanowały teren wokół schroniska. Z czasem przyzwyczailiśmy się do ich hałasu i zabaw, a świadomość tego, że są jeszcze na tym świecie dzieci, które biegają bez telefonów czy tabletów i urządzają sobie zabawy na zielonej trawie, w otoczeniu gór i mają z tego dużo frajdy, daje duże nadzieje… ;)


Schronisko na Hali Boraczej-Rysianka

Zebraliśmy się dość szybko, bo przed nami ciągle było sporo do przejścia. Mieliśmy nadzieję, że ta krótka przerwa będzie sielankowa, tak jak trasa, którą wybraliśmy, jednak zakłóciły ją trzy buraki, siedzące dwa stoliki dalej. Wiecie, nie takie buraki warzywne, bo je uwielbiam, ale takie, których rozrywką jest kolekcjonowanie pustych kufli na stoliku i to staje się celem najwyższym sobotniej eskapady do schroniska. 

Ruszyliśmy dalej, tym razem obierając na cel Rysiankę. Przed nami 7 kilometrów wędrówki, na której zrobimy nieco ponad 500 metrów przewyższenia. Energetyki, które pochłonęliśmy w schronisku, dały nam zastrzyk dobrej energii. Co więcej, pogoda sprzyjała długim wędrówkom - było ciepło, wiał delikatny wiatr, słońce bawiło się z chmurami, wylewając promienie na Żywiecczyznę.  
Polana Cukiernica (905 m n.p.m.). Panoramy na szlaku. Uwielbiam za to Beskid Żywiecki. Sielanka! :) 
Będzie jedzone przez lato! :) 
To była najprzyjemniejszy etap wędrówki. Minęliśmy rozległe hale z bacówkami i weszliśmy las, który wyglądał jak po katastrofie. Niestety każda tegoroczna wędrówka w Beskidach pokazuje, jak wielkie zniszczenia poczynił halny w tym roku. Powalił mnóstwo drzew, które czasem utrudniają wędrówkę. 

Kiedy znaleźliśmy się na skrzyżowaniu szlaku czarnego i żółtego, moje oczy otworzyły się szeroko. W oddali widoczne były szczyty Małej Fatry, a droga żółtym szlakiem w stronę Rysianki minęła na zerkaniu w prawą stronę. Tatry. Patrzyliśmy na nie z tęsknotą i trochę z żalem. Tam zima miała się całkiem nieźle, a następnego dnia przybyło kilkanaście centymetrów śniegu. Na naszym szlaku też znaleźliśmy jego pozostałości, ale w Beskidach to wiosna rozgościła się na całego.


Hala Redykalna. W oddali szczyty w grupie Wielkiej Raczy i ośnieżone szczyty Małej Fatry. 

Na żółtym szlaku w stronę Rysianki. Tatry w całej okazałości. 


Schronisko na Hali Lipowskiej. Najczęściej mijane schronisko na szlaku? Bardzo żałowaliśmy, że nie zatrzymaliśmy się w nim na obiad. Pod Rysianką wyjadaliśmy resztki z plecaków.




Schronisko PTTK Rysianka

W schronisku na Rysiance było tłoczno. Zrezygnowaliśmy ze zjedzenia obiadu. Czas oczekiwania nas mocno zniechęcił. Niestety nie mogliśmy zostać tutaj na dłużej, chcieliśmy jeszcze wyskoczyć na szczyt. Schronisko odwiedziłam kilka razy, jednak nigdy nie dotarłam na szczyt, bo schronisko miejscem szczytowym nie jest. Zajęliśmy jakąś ustronną ławkę, ubraliśmy się ciepło, wyjęliśmy ostatnie zapasy jedzenia i patrzyliśmy. Było pięknie!

Królowa drugiego planu. Babia Góra. 

Hala Rysianka. Jedna z najbardziej widokowych hal w Beskidach. W oddali szczyty Małej Fatry. 

 

Droga na szczyt Rysianki 1322 m n.p.m.


Nie jest oznakowana, ale podejrzewam, że nietrudno jej nie znaleźć. Mieliśmy to szczęście, że w lesie utrzymywał się jeszcze śnieg i ktoś tamtędy szedł, być może dzień wcześniej, bo ślad nie był świeży. Podłączyliśmy się do niego i po niecałym kwadransie stanęliśmy na Rysiance. Warto tam zajrzeć, chociażby dla ciszy i spokoju. Jak widać, małe zejście z ruchliwego szlaku, może nas zaprowadzić w całkiem odludne miejsce. Polecam!

Na trasie Głównego Szlaku Beskidzkiego

Rysianka była półmetkiem naszej wędrówki. Przed nami jeszcze 14 kilometrów i ponad 1000 metrów zejścia. To sporo, a zegar jakby tykał trochę szybciej, więc nie mogliśmy pozwolić sobie na leniwe wylegiwanie się na halach, a szkoda…

Nasza dalsza trasa to część Głównego Szlaku Beskidzkiego. Wędrowaliśmy raczej samotnie i przed wejściem do lasu dane nam było zobaczyć laserowe światło padające na okolice. Cudnie podziwia się walkę słońca z chmurami. I byłaby ta wędrówka przyjemną, gdyby nie pewne osobniki, które ją skutecznie uprzykrzały. Mam na myśli miłośników jazdy na quadach i motocyklach crossowych, których w tym regionie nie brakuje. Miałam wrażenie, że góry te są dla nich rajem, a prostackie rozrywki ciągle pozostają bez konsekwencji. Odgłosy silników niosły się daleko, a rozjeżdżone momentami szlaki, to także sprawka tych, którym olej z głowy spłynął do silnika. 
Pokaz laserów na Hali Pawlusiej. :)
Przełęcz Pawlusia. 

Schodziliśmy ostrożnie, na tym odcinku także było sporo połamanych drzew, momentami także niewielkie strumyki, które powstały po opadach w ciągu tygodnia. Atrakcją jednak tego odcinka były...łańcuchy na szlaku! O tak! Nie wiedziałam, że w Beskidzie Żywieckim, poza łańcuchami na Perci Akademików na szlaku na Babią Górę, spotkam jakieś żelastwo. A jednak! Ich obecność raczej jest zbędna, bo odcinek, na którym się znajdują, można spokojnie pokonać bez specjalistycznego sprzętu. ;) 
Widzicie je? Łańcuchy! :D 



Stacja turystyczna Słowianka

Kiedy znaleźliśmy się na hali na wysokości około 900 m n.p.m., mogliśmy z oddali patrzeć na szlak, który pokonaliśmy od schroniska. Niestety nasza panoramiczna wędrówka dobiegała końca. Dalsze kilometry to ścieżka głównie w lesie, po kamiennym szlaku. Zrobiliśmy krótką przerwę w punkcie przy stacji turystycznej Słowianka. To miejsce, w którym odchodzi czarny szlak do Żabnicy. To także miejsce, gdzie mile widziani i obsługiwani są owi motocykliści. Ot, wpadli na piwko i krótką przerwę w czasie sobotniej rozrywki. 

Punkt odpoczynku przy stacji turystycznej Słowianka. 
Na szlaku w kierunku Abrahamowa. 
Czasem kamienie, czasem trawa, czasem błoto. Na szlaku. 

Plantacja trawy. :) 

Powrót do Żabnicy

My zostaliśmy na czerwonym szlaku i ten końcowy odcinek był dość błotnisty i trochę, choć momentami bardzo, wkurzaliśmy się na jego stan. Gdyby istniał zakaz poruszania się po szlakach pojazdów innych niż służb leśnych czy ratowniczych, pewnie droga byłaby w lepszym stanie. 

Przed nami ostatnie kilometry wędrówki - te, które dłużą się najbardziej, bo w zasadzie czuliśmy, że wędrówka dała nam wszystko, czego chcieliśmy i już nic więcej nas nie spotka. I kiedy wracaliśmy jak styrani po całym tygodniu pracy robotnicy, stał się na naszych oczach cudowny zachód słońca. Chyba na niego zasłużyliśmy po tylu kilometrach wędrówki. Wtedy czułam, że nasz plan zrealizowaliśmy w 100%.

Do zobaczenia na szlaku!
Agnieszka



Może w końcu przestanę nucić, że ni mom hektara...? 😅 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz