6 października 2018

Orla Perć - nie taki diabeł straszny!


Nie odkładaj swoich marzeń na później, bo Twoje kolana mogą nie puścić Cię dalej. ;)
Agnieszka - nie Paulo Coelho

Brzmi to, co najmniej jak Paulo Coelho w wersji dla górołazów, prawda? A to tylko refleksje po ostatniej wizycie w Tatrach. Nie widziałam ich ponad miesiąc, w czasie którego poziom mojej tęsknoty zdążył przekroczyć normę i połączył się z zespołem niespokojnych nóg. No, bo możliwości na wyjazd były, ale pogoda współgrać już nie chciała. I już, już prawie chciałam tupać nogami o ziemię, że dlaczego kolejny weekend z deszczem i że dlaczego słońce widuję tylko przez okno w pracy. I prawie też zwątpiłam w to, że dane mi będzie zobaczyć Tatry w letnio-jesiennym krajobrazie.

fot. Majkel
Prognozy na drugi weekend września nie były najlepsze. Jakiś front przechodził na południu kraju, częstował deszczem i paskudnymi burzami. Ech. Ale niedziela to święty dzień, a dzień święty święcić należy. Więc popełniłam tatrzańską przygodę, której smaku nie zapomnę do końca życia. I matka natura mi w tym pomogła - nie spuściła z nieba ani kropli deszczu - ale - spuściła dość nisko ciężkie chmurzyska. Nie mogłam nacieszyć oczu widokami, ale może wędrówka ta miała mieć inny wymiar? 
Dzień wcześniej Majkel spytał, czy jestem gotowa na jutro psychicznie i fizycznie. Odpowiedziałam, że tak. Ale miałam w głowie milion różnych myśli. Plan był taki, żeby dojechać do Palenicy Białczańskiej, szybciutko minąć asfalt i znaleźć się w otoczeniu tatrzańskich kolosów. 

Wyruszyliśmy punkt 3.00 ze Skoczowa - to taki nasz łącznik pomiędzy Ustroniem, a Żorami. O 5.35 na parkingu było już sporo samochodów. Wskoczyłam w najwygodniejsze buty świata i zrobiłam ostatnie łyki podwójnie mocnej kawy. Od pana z budki z biletami usłyszeliśmy, że w niedzielę tylko grzesznicy chodzą w góry. I wtedy pomyślałam, że bardzo żałuję, że takiego grzechu popełniać częściej nie mogę. ;) Swoją drogą, gdyby to ode mnie zależało, dałabym każdą niedzielę wolną, ba! każdy weekend wolny, dla parkingowego i budkarza. Ku uciesze ludzi gór - a co! ;)

Pamiętaj, aby dzień święty święcić. Godzina 5:50 - w góry serca! Droga do Doliny Pięciu Stawów Polskich

Niedzielny poranek był granatowy i magiczny. Las parował, robiło się coraz jaśniej, a ja...czułam się, jakby mnie ktoś kopnął w głowę. Nie wiem dokładnie, ile spałam - godzinę czy dwie. Jazda po ciemku nie należy do przyjemnych. Ale idę tym asfaltem, którym w te lato przeszły tłumy turystów. A może więcej przejechało? Ciekawe, czy ktoś to liczy? Oddycham głęboko i przyspieszamy kroki. Od startu minęło raptem 30 minut, a przed nami ukazały się Wodogrzmoty Mickiewicza. Uff, koniec asfaltu, odbijamy na szlak do DPSP. Strzałka z zielonym szlakiem wskazuje, że czeka nas 2:10 h wędrówki. W praktyce wyszło 1:30 h - z przerwami na zdjęcia i inne takie. ;)
Przez długi czas mamy wrażenie, że jesteśmy sami na szlaku. Mniej więcej w połowie drogi do Piątki natrafiamy na obecność innych ziemskich istot. Niektórzy idą, jakby wracali z imprezy, inni zachowują się, jakby na niej byli. Mijamy ich szybciutko, niektórych - przypadkowo wybranych - zagaduje Majkel. On w ogóle, gdyby miał czas, zagadałby wszystkich, ale póki mogę, to ja narzucam tempo, więc pogaduchy idą na bok. I tak spotkamy się pewnie nieraz na szlaku, bo jak się okazało, wielu przechodniów ma podobny plan na niedzielę.
Na pierwszym wyjściu z lasu uderzają mnie kolory. Jesień - to ona rozgościła się w Tatrach na dobre. Chmury przykrywały szczyty, czasem grały ze światłem, rzucając złoty blask na skały. Było trochę mrocznie, trochę magicznie, ale przede wszystkim pięknie. Nie bez wątpienia droga do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich zaliczana jest do jednych z piękniejszych w Tatrach i dla wielu turystów stanowi cel sam w sobie. Jakby nie patrzeć - trasa od parkingu do schroniska w dwie strony ma 15 km, więc całkiem przyzwoicie, jak na niedzielny spacer. ;) 
Siklawa - największy polski wodospad.
Gdzieś po drodze stwierdziliśmy, że nie wstępujemy do schroniska, tylko robimy krótką przerwę nad Siklawą i lecimy dalej. Jakiś taki pośpiech się wdarł w naszą wędrówkę, ale dobrze, że póki mogliśmy, szliśmy w swoim tempie. Przymusowe postoje czekały na nas później, ale o tym za chwilę…

Droga na Zawrat

Z Siklawy ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Zawratu. Tabliczki zapowiadały godzinę i czterdzieści minut marszu. Po kilku minutach minęliśmy odejście żółtego szlaku w stronę Krzyżnego (niecałe 3 km, czas przejścia 2 h). Po krótkiej chwili dreptania odbija czarny szlak na Kozi Wierch (1,3 km i 1,5 h marszu). 400 metrów dalej odbija żółty szlak na Szpiglasowy Wierch (2,4 km i 2 h pod górę). A my trzymamy się niebieskiego, powoli drepczemy coraz wyżej i częściej też rozglądamy się na wszystkie strony. Słońce wygląda zza chmur i jakoś tak od razu robi się cieplej i milej nie tylko na sercu. Cóż, dla takiego zmarzlucha jak ja, wystarczył 10-minutowy postój nad Siklawą. Pierwszy raz w sezonie jesienno-zimowym zmarzły mi ręce (taki standard o tej porze roku) i odtajały mniej więcej połowę drogi na Zawrat. Ech, chyba już sezon na herbatę z wkładką… :) A może znacie i polecacie inne sposoby dla szybko marznących dłoni? ;)
Im byliśmy wyżej, tym mieliśmy wrażenie, że te góry żyją coraz bardziej intensywnie. Gra światła i chmur, ogrom przestrzeni nad Piątką i poczucie, że to dopiero początek…
Godzina 9:40, na Zawracie dość tłoczno. Większość turystów dotarła tutaj od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego. To zdecydowanie trudniejszy wariant dotarcia do przełęczy. Droga z Piątki poszła dość gładko, nie ma na niej żadnych trudności technicznych. 
Robimy pierwszy przymusowy postój. Nie, żeby siły nam opadły, nie żeby strach nas opętał, nie żeby leniuszek nami zawładnął. To słońce - to ono sprowokowało nas do rozłożenia obozu na przełęczy. A więc znaleźliśmy w miarę wygodne kamienie (taki oksymoron ;) i wystawiliśmy pyszczki do słońca. W międzyczasie zaprzyjaźniliśmy się z ptaszkiem - wyjadaczem okruszków, zrobiliśmy zdjęcie zagranicznemu turyście, wysłuchaliśmy opowieści o diecie 600 gram węgli na dzień, sami przyjęliśmy trochę węgli - ale nawet na oko nie jestem w stanie określić ile - starczyło do Koziego Wierchu. ;)
Obóz” na przełęczy z widokami na Zadni Staw Polski, Walentkowy Wierch (po prawej), Gładki Wierch (pod chmurą) i Krywań - narodową dumę Słowaków, którego zasłaniają chmury.

Zwarat-Kozi Wierch

Część turystów na przełęczy zakłada kask i uprzęże. Zastanawiałam się czy aby na pewno mogę iść tak “na lekko”, chociażby bez kasku, którego zwyczajnie nie miałam. Bezpieczeństwa nigdy nie za wiele i - owszem - kask czy uprząż mogą nam go zapewnić. Ale bezpieczeństwo może nam zapewnić wcześniejsze obycie ze szlakami trudniejszymi i eksponowanymi. Nie bez znaczenia okażą się buty z bardzo dobrą przyczepnością. Trzeba jednak pamiętać, że nie jesteśmy sami na szlaku i to komuś może osunąć się noga, a spod tej nogi kamienie mogą polecieć wprost na nasze głowy. 

Chodźcie ze mną przez najtrudniejszy odcinek Orlej Perci. Nie uraczę Was pięknymi widokami - te niestety przysłoniły chmury. Z pewnością będzie to dla mnie okazja, żeby wrócić w to miejsce raz jeszcze.

Szlak z Zawratu do Koziego Wierchu jest jednokierunkowy. Jego długość to 1300 metrów, a przejście zajmuje według map 2,5 h. Ten odcinek jest chyba najczęściej wybieranym fragmentem Orlej Perci - są momenty, gdzie robi się ciasno, tłoczno i korek. Dla niektórych pokonanie łańcuchów to bułka z masłem, dla innych ten sam fragment to starcie z lękiem i słabościami.
Honoratka (Żleb Żydowski)
Zmarzłe Czuby

Jest i ona - słynna drabinka. I jak to mówią - nie taki diabeł straszny… ;) Fot. Majkel
Zejście z Koziej przełęczy
Ściana pod Kozimi Czubami
Kozie Czuby widziane z Koziego Wierchu
...i Kozi Wierch widziany z Kozich Czub
Jest niedziela, samo południe. W wielu polskich domach na piecu pyka rosół. Punkt dwunasta w kościołach biją dzwony. Być może ci “sobotni” dopiero zaczynają dzień. A ja z Majkelem stoimy na trzecim co do wysokości szczycie po polskiej stronie Tatr. Kilka dni temu nie myślałam nawet o tym, że stanie się TO. Gdzieś w okolicy weekendu zaczynamy zastanawiać się, gdzie ruszamy. Wiadomo - pogoda tutaj układa nasze plany. Mamy to szczęście, że dzielą nas od Tatr tylko 3 h jazdy samochodem. Jesteśmy elastyczni i spontaniczni czasami. A TO oznacza, że nie kończymy wędrówki na Kozim Wierchu, jak zakładał nasz plan A. Mamy dobry czas i choć wiemy, że przed nami długa droga, to Majkel mi pozostawia podjęcie ostatecznej decyzji. Zatem ruszamy dalej! ;) Kierunek -> Granaty.

Kozi Wierch - Granaty

Nagle zrobiło się cicho i pusto… Myślę, że większość wędrowców, których minęliśmy w drodze na Kozi Wierch, wybrała właśnie ten cel. Idziemy dość szybko, ale ostrożnie. Czasami mam wrażenie, że na poprzednim odcinku było sporo żelastwa, z którego nie korzystałam, a tutaj chętnie bym użyła. 
Dochodzimy do Żlebu Kulczyńskiego. I czekamy. Nasz postój był dość długi, bo musieliśmy poczekać aż zejdzie ekipa z góry. Jak się szybko okazało - wśród nich były osoby, które Tatry odwiedziły po raz pierwszy. Życzyłabym pomysłodawcy więcej rozwagi w przyszłości. Choć on, zniecierpliwiony czekaniem na dziewczyny, które utknęły gdzieś w środku, stwierdził że pewnie miłość do gór w nich nie zapłonie. Ech.

Droga przez granaty prowadziła przez mgłę. Oczami wyobraźni widzieliśmy Kościelec dumnie wznoszący się nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. I Dolinę Pięciu Stawów Polskich odzianą w jesienne szaty. Jak się nie ma, co się lubi - trzeba przypominać sobie obrazki z przeszłości.

A nasza droga przez Granaty prezentowała się tak:


Naszą wędrówkę przez Orlą Perć zakończyliśmy o godzinie 16.00. Na Krzyżnem panowała atmosfera piknikowego rozleniwienia. A może spełnienia? Zrobiliśmy kilka zdjęć, usiedliśmy i patrzyliśmy. Nie chciało nam się rozmawiać. Znaleźliśmy fajną miejscówkę kilka kroków od przełęczy i tak zahipnotyzowani spędziliśmy parę chwil.


- Jak się czujesz? - spytał Majkel.
- Spoko. - odpowiedziałam.

Spoko to takie proste słowo, bo moje “spoko” na tamten moment oznaczało szczęście i zmęczenie.

Szczęście, że ot tak - z zaskoczenia, wzięłam i zrealizowałam tatrzańskie marzenie, które już od dawna przewijało się z tyłu głowy. Szczęście, bo moje kolana nie odmówiły współpracy, choć momentami niemiłosiernie bolały. ;) Szczęście, bo przeszliśmy bez uszczerbku, choć na Granatach komuś nad nami poślizgnęła się i noga i poleciało kilka kamieni. Ufff…

A zmęczenie...no cóż, to raczej naturalne. Zastanawiałam się, jak mój organizm zachowa się po 2 godzinach snu, 2 i pół spędzonych za kierownicą. Ale euforia wzięła górę nad niewyspaniem, byłam gotowa na więcej i chciałam więcej. ;) Pierwszy, podobno, najtrudniejszy odcinek, poszedł nam bardzo sprawnie, a jak wiadomo - w miarę jedzenia apetyt rośnie. Na Kozim zrobiliśmy szybkie kalkulacje i tam też podjęliśmy ostateczną decyzję o przejściu całej Orlej Perci. W razie jakiejś awarii pozostawało zejście do Doliny Gąsienicowej i później ogarnięcie transportu z Kuźnic do Palenicy Białczańskiej.

Sama Orla Perć nie serwuje raczej wielu przewyższeń - na 4 kilometrach to raptem 453 metry w górę. Ale za to idziemy raz w górę, raz w dół. Ale pracują nie tylko nogi, bo są i drabinki, są i klamry, są i liczne łańcuchy, więc ręce także mocno dostają w kość na trasie. Im bliżej końca, tym coraz ciężej. A było mniej więcej tak: 
Podsumowanie
Z Zawratu wyruszyliśmy o 10:00, na Krzyżne dotarliśmy o 16:00, co łącznie daje 6 godzin. Czas subiektywnie oceniam, jako niezły, bo trochę zeszło nam na staniu w korkach, zrobiliśmy też dwie przerwy na jedzenie.

Cała trasa prezentuje się przyzwoicie - mapa pokazuje niecałe 26 km i 15 h drogi. Szczęśliwie, nasze turbo moce pozwoliły na skrócenie jej. Wyruszyliśmy przed 6:00 z parkingu, o 19:30 byliśmy z powrotem.


Poskromić legendę, czyli nie taki diabeł straszny - subiektywnie o szlaku

Chciałabym też, bardzo subiektywnie, odnieść się do trudności całej trasy.

W drodze do samochodu, Majkel zapytał, co sprawiło mi największą trudność. Myślałam krótką chwilę i odpowiedziałam, że w sumie to nie było miejsc szczególnie trudnych albo takich, których bałam się przejść. Legendarna drabinka, słynna szczelina z łańcuchem, Żleb Kulczyńskiego...tych miejsc sławnych czy wymagających jest sporo. 

Przed wyruszeniem chciałam się jakoś przygotować i przypomnieć, z czym to się je. Więc czytałam, oglądałam filmy czy zdjęcia. Świat wirtualny, a tatrzańska rzeczywistość to jednak inne światy. Nie chcę powiedzieć, że szlak jest łatwy, bo nie jest. Natomiast ujęcia, które widziałam czasami wzbudzały dreszczyk ekscytacji i myślałam, czy dam radę. Dzisiaj, kiedy emocje już dawno opadły, śmiało mogę napisać, że dla mnie przejście Orlej Perci nie było trudne. Męczące, owszem. Nigdy wcześniej nie byłam tak zmęczona po powrocie do samochodu. To była dobra tatrzańska wyrypa. To, co u innych wzbudzało lęk, u mnie powodowało fascynację. 

Co pomogło mi przejść ten szlak? 

Doświadczenie. Tutaj stawiam je na pierwszym miejscu. Cieszę się, że zanim wystartowałam z Zawratu, obyłam się już wcześniej z łańcuchami, klamrami, miejscami stromymi. I tutaj odporność na pokonywanie trudnych terenów będzie nie do przecenienia. Nie tylko dla nas, ale ludzi, którzy idą z nami przez szlak.
Buty to kolejna ważna sprawa, z solidną przyczepnością, wygodne, takie, co do których mamy zaufanie. 
Kask i uprząż? Jak już wcześniej pisałam, nie miałam ze sobą - czy byłyby potrzebne? Myślę, że kask tak, uprząż już niekoniecznie. Choć mijaliśmy ekipy, zwłaszcza z dziećmi, to wśród nich głównie najmłodsi korzystali ze sprzętu. I słusznie i pochwalam za chęci i odwagę. :) 

Tatromaniacy to najlepsza społeczność

Czasami, zwłaszcza podczas pokonywania pierwszego odcinka z Zawratu na Kozi Wierch miałam wrażenie, że atmosfera robi się gęsta. Ale nikt nie odezwał się, wszyscy cierpliwie czekali. I to było takie... dobre i mnie pozytywnie zaskoczyło. Było sporo momentów, kiedy trzeba było poczekać na swoją “kolejkę”. Wyobrażacie sobie taką sytuację na drodze, np. na światłach, kiedy gaśnie komuś samochód? I choć świeci zielone światło, musisz poczekać kilka sekund. A w te kilka sekund można usłyszeć kilka klaksonów i nie słyszeć (no bo jak?) tych wszystkich wyzwisk na “k” od zniecierpliwionych kierowców. 

Zrozumienie, kulturę czy pomoc można spotkać tutaj na każdym kroku. Oczywiście są od tego wyjątki, jak na przykład panowie-słoikowcy, których spotkałam na zejściu z Kozich Czub. Panowie-słoikowcy, bo z obiadem w słoikach niesionym w plecaku. Ale ci panowie mnie delikatnie drażnili. Zejście z Kozich Czub widzieliście kilka zdjęć wcześniej. Ściana z łańcuchami, a na niej sporo wędrowców. To naprawdę trudny teren, wymagający skupienia, wyjątkowej ostrożności. Więc czekamy, przeważnie nie mówimy wtedy nic. Oni mówią za wszystkich. Że może potrzeba komuś rękawic, bo będzie wtedy łatwiej i szybciej. Że może poszedł ktoś bez doświadczenia, ktoś nieporadny... Całe szczęście zgubiliśmy na dobre tych panów gdzieś na Granatach. Uff… Bo kto powiedział, że rękawice załatwią wszystko? Bo kto robi w tym miejscu wyścigi?

Orla Perć - do zobaczenia na szlaku

Czuję ogromne spełnienie i jednocześnie niedosyt i wiem, że wrócę na szlak. Pewnie nie w tym roku. Może w przyszłym, ale kto to wie… :) Wrócę z pewnością dla tych widoków, które mnie ominęły. Tymczasem pora na realizację kolejnych planów.
Kto idzie w góry musi podjąć wysiłek. Ale z wysiłku przychodzi siła, pobudzenie wszystkich zdolności, a z poczucia siły rodzi się przyjemność. Powracamy do codziennych zajęć lepiej przygotowani do boju w walce życia i do pokonania przeszkód na naszych drogach, wzmocnieni i podniesieni na duchu wspomnieniami.
Edward Whymper

Z górskimi pozdrowieniami
Agnieszka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz