2 października 2019

Słowacja, jesienna Mała Fatra: Boboty-Wielki Rozsutec-Stoh-Południowy Groń

Jesień. Końcem września powoli rozgaszcza się w górach. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że stwarza je jakby na nowo. Między soczystą letnią zielenią, a białą kołdrą jest sezon z paletą pełną barw. Czy kolorowe otoczenie szlaków i słoneczne prognozy na weekend są wystarczającym powodem, żeby wrócić na Małą Fatrę? Dla mnie tak! A jeśli chcesz wiedzieć, jak prezentuje się Słowacja i małofatrzańskie szlaki wczesną jesienią, możesz śmiało się rozgościć. :) 





Pięknie, piękniej... Mała Fatra ;)

Nie minęły 3 miesiące, kiedy wróciłam na jej szlaki. W czerwcu kipiało na nich soczystą, wiosenną zielenią, a szlaki tętniły życiem. Jesień okazała się trochę spokojniejsza, nie spotkaliśmy już takich tłumów i temperatury dawały wytchnienie. 

Boboty (1085 m n.p.m.), czyli Mała Fatra bez rozgrzewki

To tutaj na małym parkingu przy drodze zostawiamy samochód. Ruszamy na szlak kilka minut przed 7.00, ochotników na niedzielą wędrówkę, poza naszym duetem, brak. Przechodzimy kawałek wzdłuż drogi, skręcamy do lasu i zaczynamy podejście. Przed nami porządna lekcja wuefu bez rozgrzewki. Podejście na Boboty jest mocne i nie da nam wytchnienia ani przez chwilę. Dodatkowo wrzesień to czas jeleni, które mają  r y k o w i s k o. Słyszę, że jeden osobnik jest w pobliżu, szybko zapominam o tym, że chwilę wcześniej potrzebowałam kawy. Podejście na Boboty i ryk jelenia to takie podwójne espresso. :)

Na szlaku jest krótki odcinek z drabinką i łańcuchami i kilka większych kamieni, których przejście wymaga wysiłku. Wysiłek ten będzie dość szybko wynagrodzony - całkiem niezłe panoramy wyłaniają się między drzewami. Spora część szlaku wiedzie jednak przez las, z czego najbardziej zadowolone będą nasze kolana. ;) Sam szczyt nie wyróżnia się niczym. Jest ławka, stoi niewysoki słupek i nie ma żadnych widoków. Ruszamy dalej, tym razem czeka nas zejście do przełęczy Vrchpodžiar. To skrzyżowanie szlaków, którymi dojdziemy na parking w Stefanowej, do słynnych małofatrzańskich Janosikowych Dziur, o których pisałam w czerwcu tutaj>>>.



Droga na Wielki Rozsutec: przełęcz Vrchpodžiar (745 m n.p.m.) - przełęcz Medzirozsutce (1200 m n.p.m.)

Z przełęczy Vrchpodžiar skierowaliśmy się na zielony szlak, który łączy się z niebieskim przechodzącym przez Górne Dziury. Spacer tym szlakiem nie zapewni nam atrakcji, w przeciwieństwie do słynnych Jansikowych Dziur, jednak dość szybko wyprowadzi nas na przełęcz między Małym i Wielkim Rozsutkiem. Co zaskoczyło mnie na tym odcinku, to pewien “porządek” na szlaku i przyjazne rozwiązanie dla turystów. Otóż słowacy w kilku miejscach zamocowali metalowe elementy i stworzyli sztuczne schody, które sprawiają, że nie “spływamy” po szlaku. Kto wędrował po Małej Fatrze wie, że po deszczach niektóre odcinki są trudne do przejścia. Nie mamy tutaj kamiennych ścieżek, a trawiaste i glebę, która jak gąbka chłonie wodę. Co skutkuje ślizganiem się na szlaku.

Na przełęczy między Małym i Wielkim Rozsutkiem spotykamy kilku turystów. Pamiętam, kiedy w czerwcu tłumy wylegiwały się na polanie… Tym razem było to bardzo spokojne miejsce i nie trzeba było się trudzić, żeby znaleźć kawałek miejsca na rozłożenie pikniku. Otaczała nas wczesna jesień, wystawiliśmy dziuby do słońca i chłonęliśmy bez opamiętania wszelkie dobrodziejstwa natury. ;)


Z przełęczy Medzirozsutce na Wielki Rozsutec (1610 m n.p.m.) 

Przerwa była krótka, bo dzień wietrzny i choć słońce grało z chmurami, szybko zarzuciliśmy plecaki, żeby rozgrzać się trochę w drodze na Wielki Rozsutec. Po krótkim odcinku przez las dalsza ścieżka była dość fotograficzna. Pod nogami wąska przestrzeń, którą wypełniały kamienie, czasem korzenie, czasem niewielkie błoto. Rozglądając się na każdą stronę bardzo szybko zapomnieliśmy się o zmęczeniu związanym z kolejnym (3!) podejściem i bolących kolanach (to ja). 



Wielki Rozsutec (1610 m n.p.m.)

Na szczycie także nie zastaliśmy tłumów, tutaj wiatr miał dość sporo do powiedzenia. Wsuwając kanapkę za skałą patrzyliśmy na dalszy cel naszej wędrówki - Stoh, którego szczyt przysłaniały chmury. Zanim jednak dotarliśmy tam, musieliśmy pokonać nielubiane przeze mnie zejście z Wielkiego Rozsutca. Oj, jak bardzo śliskie są te skały, wie każdy kto tamtędy szedł. Mam zaufanie do swoich butów i wiem, że mają dobre tarcie i przyczepność, ale kiedy widzę te wypolerowane skały to drżę na zejściu prawie przy każdym kroku. 



W drodze na Stoh

Dla odmiany podejście na Stoh jest zupełnie inne. To ścieżka, która częściowo prowadzi przez las, a częściowo przez rozległe połoniny. W lesie jest dość błotniście. Słowaczki, które minęliśmy na początku podejścia śmiały się z nas, że jeszcze trochę i będziemy brudni jak one. Spojrzałam na ich umorusane buty i wiedziałam, co nas czeka. Błoto, błoto i raz jeszcze błoto. Mamy takie zboczenie, że śledzimy prognozy pogody w górach w różnych częściach świata i wiedzieliśmy, że na Małej Fatrze w ostatnich dniach nie było opadów, a jednak warunki przyjemne nie były. 

Kiedy wyszliśmy na połoniny ścieżka zupełnie się zmieniła. Była miękka, w miarę sucha i… bajecznie kolorowa. Wiedzieliście, że to krzaki borówek kolorują małofatrzańskie połoniny? Czy ktoś lubi borówki? Mam wrażenie, że zdobywcy Stoha od strony Wielkiego Rozsutca nie bardzo. Krzaki pełne były owoców. 

Na Stohu przywitał nas mrożący wiatr i chmura. Pogoda była dynamiczna. Kiedy chmury odsłaniały widoki, było pięknie. Jednak nasz biwak szczytowy spędziliśmy między kosodrzewiną, ja w przebraniu eskimosa, to znaczy we wszystkich możliwych warstwach. :) 



Kolejny cel: Południowy Groń

Szybko ewakuowaliśmy się ze szczytu, bo przecież nie o skąpanych w chmurze szczytach marzyliśmy w ten weekend. ;) Ruszyliśmy więc w stronę Południowego Gronia. Najpierw jednak musieliśmy walczyć z mocnym wiatrem, który chciał mnie przewrócić, później było już tylko lepiej. Tzn. pozornie lepiej i tylko na chwilę, tę bez wiatru. Opuściliśmy chmurę, wyszliśmy do słońca, znów mogliśmy podziwiać piękno Słowacji. To lubimy. :) Schodząc ze Stoha przeszliśmy przez kolejny i dość długi błotnisty odcinek. Widziałam jak bardzo męczy on podchodzących, który ślizgają się i pomagają w podchodzeniu drzewami. KIJE - choć nie używaliśmy ich przez długie miesiące, zabraliśmy je ze sobą. Okazały się NIEOCENIONYM pomocnikiem w przemierzaniu szlaków.


Podejście na Południowy Groń jest dość przyjemne. Bardzo ładnie prezentuje się z niego Wielki Rozsutec i pobliskie miejscowości. A jak jest na Południowym Groniu? Pięknie i widokowo. :) Pierwszy raz widziałam też tak rozległą panoramę z tego szczytu. Obejmuje pasma Beskidu Żywieckiego, Śląskiego, Śląsko-Morawskiego, ale one są na dalszym planie. Na bliższym planie jest początek naszej trasy, czyli Vratna Dolina i Boboty i ciągle niezdobyte przeze mnie Sokolie.


Południowy Groń - Dolina Vratna

I choć widok z Południowego Gronia hipnotyzował, wiedzieliśmy, że kiedyś przyjdzie nam podjąć trudną decyzję o powrocie na parking. Nasze niedzielne plany były nieco dłuższe, jednak chmura, która osiadła na Stohu ciągnęła się przez resztę pasma. Zatem dalsza wędrówka okazałaby się pewnego rodzaju mordorem, na który akurat wtedy nie miałam ochoty. Zeszliśmy zatem do Chaty na Groniu, tym okropnie stromym i błotnistym odcinkiem. W nagrodę zaserwowaliśmy sobie zimnego radlera w pełnym słońcu. To było słusznie wydane 1,5 EUR. Po godzinie byliśmy już przy samochodzie. Poszliśmy trochę na skróty, pod wyciągiem, na cudownie miękkim i suchym stoku, pełnym… krokusów. :) Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam dywan kwiatów pod nogami. Krokusy kojarzę z wiosną, a tu taka piękna niespodzianka.


Podsumowanie trasy

Wymaszerowaliśmy prawie 20 km, w błocie, słońcu, na kolorowych połoninach, z wiatrem twarz i słońcem także w twarz. :) Naładowaliśmy baterie na kolejny tydzień. Jeśli zachowamy naszą częstotliwość odwiedzin tego pasma, kolejna relacja powinna być już zimowa. 


Tymczasem życzę Wam pięknej jesieni, gdziekolwiek będziecie. :)

Z pozdrowieniamiAgnieszka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz