8 września 2019

Alpy Julijskie, Jalovec 2645 m - słoweński Matternhorn

Szwajcarzy mają w posiadaniu oryginał, w Tatrach dumnie wznosi się Kościelec, a Słoweńcy mają Jalovec. Co kraj to Matternhorn. Jalovec to jeden z ważniejszych szczytów Alp Julijskich. Swoim kształtem wyraźnie wyróżnia się na tle innych gór. Niczym oszlifowany diament wbija się ostro w niebo i kusi swoim majestatem.



Trochę suchych faktów o naszej trasie na początek:

Długość trasy: 20,5 km
Czas przejścia: 10,5 h
Suma przewyższeń: 2204 m
Link do mapy: https://mapy.cz/s/3y6MI
Potrzebne wyposażenie: kask, wiatrówka, zestaw na via ferraty (na szlaku są mocne ekspozycje)

Przełęcz Vršič

Szlak z przełęczy Vršič zaczyna się dość niewinnie… W zasadzie pierwsze 6 kilometrów to spacer w lesie na zboczach wznoszącego się nad nami Travnika. Temperatury po 7.00 wskazują na to, że zapowiada się kolejny upalny dzień. W czasie pierwszej godziny marszu myśl o tym, że ten cień się kiedyś skończy i trzeba będzie wyjść na słońce, staram się trzymać z tyłu głowy. Spacer skrajem lasu poza cieniem daje też piękny i szeroki widok na okolicę. 


Schron pod Špičkiem

Z racji tego, że planowana wędrówka była dość długa, rozbiliśmy ją na etapy, żeby nasza głowa mogła ją lepiej znieść. Zwieńczeniem pierwszego etapu był cudownie zimny radler w Schronie pod Špičkiem, do którego dotarliśmy po ponad 7 kilometrach i prawie 4 godzinach. Przywitał nas uroczy „gospodarz” rasy Border collie. Poza czasem na szybkie pozbieranie sił i uzupełnienie energii na dalszą trasę mieliśmy okazję do wysuszenia ubrań i zawieszenia oka na najwyższych szczytach Alp Julijskich. Oprócz nas zatrzymały się tutaj cztery osoby, było więc klimatycznie i spokojnie.

Schron pod Špičkiem - droga na szczyt

Ze schroniska na szczyt dzieliły nas nieco ponad 2 kilometry, 2 godziny i prawie 600  metrów podejścia. Poza kozicami, które zerkały na nas z oddali, spotkaliśmy 4 osoby. Początkowo trawersujemy, później wspinamy się, by w końcu dotrzeć na grań i po chwili rozbić biwak szczytowy. Na trasie spotkaliśmy kilka ułatwień, chwytów, metalowych lin, jednak tutaj sprzęt okazał się zbędny. 


Jalovec  2645 m

Kiedy dotarliśmy na szczyt, wokół zebrało się sporo chmur. Przez cały pobyt na Słowenii zauważyliśmy, że w okolicach godziny 14.00 chmury osiadają na 2300 metrach i czasem przy łucie szczęścia udaje się zobaczyć panoramę w pełni okazałości. W pobliżu dumnie wznosił się Mangart, ciemnozielone doliny niczym dywan rozłożyście prezentowały się między wapiennymi skałami. Chmury raz zakrywały widoki, raz je odsłaniały. Siedzieliśmy zahipnotyzowani tak dość długo, a przecież zdobycie szczytu to tylko zwieńczenie jednego z etapów wędrówki. Przed nami ciągle była większa (czyt. dłuższa) część trasy.


Jalovec - przełęcz Kotovo - skrzyżowanie szlaków pod Jalovška Škrbina

Zejście z Jalovca drugim szlakiem okazało się o wiele trudniejsze niż podejście. Na początek schodzimy po stromo opadającej do doliny ścianie. Mamy więc duże ekspozycje, kruszące się skały i, niestety, dość oszczędnie zamocowane żelastwo, które bardzo ułatwiło przejście. Kiedy pokonaliśmy techniczne trudności, byliśmy w połowie drogi do przełęczy. Po drodze spotkaliśmy wypoczywające w cieniu stado baranów… I jeśli spotkacie je kiedyś na swojej drodze, to lepiej przejdźcie obok nich obojętnie, nie tak jak my. Chcieliśmy zrobić z owiec gwiazdy Instagrama, a one z nas zrobiły przewodników stada… I tak maszerowaliśmy wspólnie przez chwil parę. ;) 

Zgubiliśmy je szczęśliwie (!) przed zejściem do żlebu. Chyba odradzę wszystkim tę drogę (między punktem 6 i 7 na mapie >>> link <<<). O ile zastosowana przez nas taktyka przejścia przez żleb z drobnymi kamieniami, na zasadzie „idziemy jak w rakach zimą” miała zastosowanie, o tyle w przypadku podejścia możemy stracić tutaj sporo energii. Niewygodę zejścia zrekompensowało szybkie zgubienie wysokości i wyrzucenie z butów pół kilograma nadbagażu w postaci kamyków. ;)


Dom Tamar - droga do przełęczy Vršič 

Uff, po przejściu żlebu droga była o wiele lepsza, przede wszystkim wypłaszczyła się. W schronisku chcieliśmy zrobić jakąś przerwę, ale kiedy popatrzyliśmy na zegarek szybko oszacowaliśmy, że nie mamy na to czasu. Żeby wrócić na przełęcz Vršič, musieliśmy pokonać jeszcze ponad 800 metrów przewyższenia na 5 kilometrach, w jakieś 3 godziny.



Powłóczyłam nogami pod górę, z radością przyjęłam wieść, że będziemy przechodzić wzdłuż rzeki. I ona istniała w rzeczywistości, nie tylko na mapie. ;) Zdarza się, że tutaj rzeki wysychają, ale o tym przekonałam się na innym szlaku. Ukojeniem w trakcie ostatniego podejścia okazał się cień. Małymi łykami sączyłam ciepłą wodę z bukłaka. 3 litry to zdecydowanie za mało na całodzienną wędrówkę. Marzyłam o obiedzie, o zimnym piwie, o prysznicu. Tak bardzo przyziemne rzeczy kierowały mną w tym czasie. Ale kiedy odwracałam się za siebie i widziałam Jalovec czułam szczęście i satysfakcję. Dumnie prezentował się w promieniach wczesnego wieczornego słońca.



Kiedy znaleźliśmy się na skrzyżowaniu szlaków pod Małą Mojstrovką uruchomiłam wszystkie moje turbo moce. Na parkingu rzuciłam plecak i miałam w nosie to, że radler, który wpadł do mojej ręki był ciepły.

Zamiast podsumowania

Jalovec. Kawał górskiej roboty! ;)

Z pozdrowieniami
Agnieszka

Może zerkniesz

Triglav 2864 m n.p.m. - święta góra Słoweńców >>> 


Słowenia, Alpy Julijskie. Prisojnik 2546 m >>>





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz